Chociaż nowej płytki Fear Factory jeszcze nie przesłuchałam z braku czasu, to na ten koncert czekałam dość długo i z wielką niecierpliwością oraz nadzieją. I zresztą nie tylko ja, bo Progresja była wypełniona maksymalnie – jeśli ktoś z was był na In Flames i pamięta, co się tam działo…to tym razem było jeszcze gorzej. Duchota, gorąc, pot ciekł non-stop, ludzie się prawie gotowali, muzycy zresztą tak samo…ale w sumie warto było 😉 Może nie było mega-zajebiście, ale poleciało parę moich ulubionych kawałków – Shock, Replica, Zero Signal. Narzekać natomiast można na światła – masakra dla fotografów, dla widzów zresztą również: było ciemno, dużo stroboskopów (choć to akurat pasowało do klimatu i do muzyki) i generalnie widoczność była bardzo kiepska. Czego dowodem są foty poniżej 😀



















