A Pale Horse Named Death. Zespół wyjątkowy, przywołujący wspomnienia. Szczególny dla fanów TON. W skład tej brooklyńskiej grupy wchodzi bowiem Johnny Kelly, Sal Abruscato (pierwszy bębniarz TON) – tu w roli wokalisty i gitarzysty oraz Matt Brown (Seventh Void) i Eric Morgan (Lament). Ich płyta nie powaliła mnie na kolana i na koncert szłam raczej z czystej ciekawości, ale parę minut po wejściu zespołu na scenę okazało się, że jestem w wielkim błędzie – grupa na żywo brzmiała po prostu fantastycznie! Było gęsto, niszowo, klimatycznie, panowie grali na totalnym luzie, jammowali pomiędzy utworami, Sal strasznie dużo gadał, a ludzie bawili się tak dobrze, że zespół chyba ze trzy razy częstowany był shotami wódki (pierwszy raz na własne życzenie 😉 Wiśniówka im nie zasmakowała 😉 Anyway, koncert fantastyczny, przywodzący ducha TON (nie obeszło się bez paru TONowych akcentów) – podobało mi się na tyle, że z czystą przyjemnością zostałam do ostatniego kawałka. Kto nie był, niech żałuje na maksa, ale może poczuć choć odrobinę klimaciku oglądając cały koncert o, TUTAJ. A tam na dole parę fotek 😉