No cóż ja mogę napisać na temat tego koncertu, co nie będzie bardziej niż oczywiste? :> Może tak: chociaż muzyka instrumentalna i post-rock to coś, co od dawna mnie w mniejszy lub większy sposób kręci, to jakoś nigdy nie mogłam trafić na koncert Tides From Nebula. Widziałam za to projekt poboczny gitarzysty i perkusisty – Sands of Sedna, których szczerze polecam. Tzn żeby nie było – Tides From Nebula polecam równie gorąco 🙂 Ale do rzeczy: koncert warszawiaków był miłą odmiennością od szaleństwa i energii, której doświadczyła Progresja na koncercie Trivium dzień wcześniej. Tzn tu też było szaleństwo, ale już innego rodzaju. Muzyka TFN, pełna zmian – a to wolno i spokojnie, a to mocno i agresywnie – jest ogólnie – moim zdaniem rzecz jasna – dość dołująca i depresyjna, pełna smutku i melancholii, ale z pierwiastkiem nadziei i pozytywu. Mówi do Ciebie: „kurde, no jest beznadziejnie i do dupy, ale trzymaj się bo zobaczysz, że w końcu będzie dobrze!”. Np tak, jak w tym kawałku: O TU. Ale to moje osobiste odczucia, więc każdy ma pewnie swoje zdanie na ten temat. A ze zdaniem jest jak z wiadomo czym – każdy ma swoją 😉
Anyways, bo znowu zbaczam z głównego tematu. Koncert był genialny. Co prawda na początku stanowił spore wyzwanie fotograficzne, bo nie dość, że było ciemno (co doskonale wpasowywało się w klimat koncertu) to chłopcy są do tego dość ruchliwi i autofokus aparatu dostawał generalnie lumbago. Także po 3 przepisowych kawałkach wyszłam z fosy z mocnym postanowieniem, że na spokojnie obejrzę resztę koncertu, ale wtedy właśnie okazało się, że to, czego nie było widać pod sceną, wygląda magicznie od strony publiczności. Także walczyłam z sobą całe pół kawałka i jednak zboczenie zawodowe wzięło górę. Dzięki czemu narodziło się kilka fajnych fotek, z czego ta poniżej jest w tej chwili moją ulubioną ever.
Dobra, bo znowu zaczynam prowadzić monolog. Fotki poniżej, tradycyjnie enjoy!





































