Szczerze mówiąc mam mieszane uczucia pisząc o koncercie Soulfly. I chyba nie tylko ja. Tak naprawdę cały występ ratowali Marc Rizzo i Tony Campos, bo Max niestety ostro niedomagał. A to w ogóle nie śpiewał, a to grał tylko jedną ręką, a to w ogóle nie grał. Generalnie był cały czas w innym świecie. I to rzutowało mocno na odbiór całego występu do tego stopnia, że na dzień dzisiejszy stwierdzam, że mi się niestety kompletnie nie podobało. Mam nadzieję, że chociaż za kulisami panowie razem z ekipą Progresji bawili się trochę lepiej 😉 A foty poniżej, jak zawsze 😉