26 maja w warszawskim kinie Muranów odbył się premierowy pokaz eksperymentalnego projektu audio-wizualnego „My Little Bess” w reżyserii Romana Przylipiaka. Eksperymentalnego, bo… z występem na żywo grupy Blindead.
Projektu nader interesującego, o którym głośno było już na długo przed seansem. „My Little Bess” było sporym wyzwaniem, nie tylko dla twórców projektu, ale i dla widzów. Projekt ten, będący czymś pomiędzy koncertem, spektaklem i filmem dotyczył bowiem ciężkiego tematu – wizji świata i rzeczywistości widzianej oczami dziewczynki chorej na autyzm. W trakcie seansu na ekranie kinowym widzieliśmy wiele obrazów, niewyraźnych ujęć, jakby urywków jakichś wizji przeplatanych zdjęciami samej Bess, w rolę której wcieliła się córka reżysera, Olga. Całości zaś akompaniował na żywo trójmiejski zespół Blindead, od którego zresztą cała historia się zaczęła. Reżyser projektu przyjaźni się bowiem z muzykami i początkowo chciał stworzyć wizualizację koncertową do muzyki z ostatniego koncept albumu Blindead – Affliction XXIX II MXMVI. Album ten jest opowieścią o historii pewnej dziewczynki cierpiącej na autyzm, której towarzyszymy od momentu narodzin i dalej, poprzez życiowe troski i zmartwienia, zaglądamy w otchłań rozpaczy, smutku, pustki i samotności. Płyta pod kątem muzycznym i tekstowym utrzymana jest w niepokojącym i mrocznym klimacie, i taki też był pokaz w Muranowie. Było to pierwsze tego typu przedsięwzięcie, w trakcie którego projekcja ciężka tematycznie zderzyła się z ciężką muzyką, na co przypuszczam nie wszyscy widzowie spektaklu byli do końca przygotowani. Ciekawostką było zaangażowanie w projekt Magdaleny Cieleckiej, która z ciężką muzyką ma raczej niewiele wspólnego, ale uprzejmie wcieliła się w rolę narratora czytając teksty napisane przez Piotra Koftę. Teksty, które brzmiały jak fragmenty wspomnień Bess, pozostawiające szerokie pole do interpretacji każdemu z nas. Od siebie dodam tylko, że zdecydowanie warto było zjawić się tamtego wieczora w Muranowie. Doświadczyliśmy bowiem ciekawego audio-wizualnego przeżycia, w trakcie którego muzyka i obraz doskonale się uzupełniały, a widz został wciągnięty w nieznany mu całkowicie świat. Z kina zaś wyszedł lekko pogrążony w zadumie i na pewno bogatszy o doświadczenia małej Bess.











